Przez długi czas myślałam, że moim obowiązkiem jest maksymalne zbliżanie się do ideału. Choć sama nie potrafiłam właściwie sformułować definicji tego słowa, to starałam się za wszelką cenę robić wszystko, najlepiej jak tylko się da. Uważałam, że w każdym obszarze życia muszę bić rekordy doskonałości.
Moda na idealnego człowieka sukcesu
Miałam wrażenie, że muszę być przez wszystkich lubiana i podziwiana. Powinnam zawsze idealnie wyglądać, być miła i uśmiechnięta, zdrowo się odżywiać, uprawiać jogę, zrobić wielką karierę i kąpać się w dolarach. Bez większego namysłu podążałam za modą na człowieka sukcesu. Pewnego dnia postanowiłam jednak przystopować i rozejrzeć się wokół siebie. Zdałam sobie sprawę, że nie muszę być we wszystkim najlepsza. Nie muszę stale dostosowywać się do oczekiwań społeczeństwa (a raczej – do stylu życia osób z otaczającej mnie bańki w social mediach).
Stwierdziłam, że przyglądanie się profilom “ludzi sukcesu” jedynie wprawia mnie w gorszy nastrój i poczucie winy. Przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto lepiej zarabia, częściej podróżuje, ma bardziej wyrzeźbione ciało czy lepszą cerę. Mogę więc wpatrywać się w te podrasowane zdjęcia i ciężko wzdychać albo wyłączyć te bzdury i przekierować uwagę na siebie.
Instagram vs. rzeczywistość
Każdy toczy jakąś wewnętrzną walkę, czegoś się obawia i mierzy się z problemami, o których nie masz pojęcia. Ty widzisz jedynie jego cukierkowy profil na Instagramie i zdjęcia z nałożonymi filtrami z romantycznej kolacji czy wyprawy na drugi koniec świata. Wiele osób porównuje swoje życie z wirtualnym obrazem świata swoich znajomych. Czy jednak nie jest przypadkiem tak, że często te treści wzbudzają u nas zazdrość i frustrację, zamiast dostarczać nam rozrywki?
Patrzysz na perfekcyjne życie swoich znajomych, ich zdjęcia pełnowartościowych śniadań, supertajnych projektów i napiętych mięśni. Scrollujesz dalej, aż w pewnej chwili uświadamiasz sobie, że leżysz na kanapie w rozciągniętym dresie, w otoczeniu okruszków po czipsach i wcale nie wyglądasz tak dobrze, jak ten opalony influencer. Być może czujesz się wtedy gorszy, niewystarczająco “fajny”. Zdajesz sobie sprawę, że znowu dałeś się złapać w tę pułapkę.
Social media mogą być naprawdę super, jednak trzeba odpowiednio ich używać. Memy o polityce i zdjęcia z pieskami są spoko i potrafią poprawić humor. Potwierdzam. Ale irytowanie się tym, że ktoś lepiej wygląda, szerzej się uśmiecha lub posiada coś, czego my akurat nie, nie działa na nas dobrze. W jakimś filmiku coachingowym usłyszałam słowa: “nie porównuj się do innych, porównuj siebie z dzisiaj do siebie z wczoraj”. No i w sumie to nie jest głupie. Lepiej skoncentrować się na własnych aspiracjach, celach oraz możliwościach i po prostu działać, by po jakimś czasie zauważyć własny progres. To chyba lepszy pomysł, niż obserwowanie, w jakim miejscu jest teraz Twój znajomy (lub nieznajomy) i co właśnie osiągnął.
Co pomyślą sobie moi znajomi, babcia i sąsiad?
Mnóstwo okazji podrzucanych przez los ucieka nam sprzed nosa. Często blokujemy się już na starcie, bo zatrzymuje nas obawa „co ktoś o nas pomyśli”. Proponuję jednak, by zignorować tę myśl. Wiele razy słuchałam rad innych, zaprzeczając jednocześnie samej sobie. No i co? Prawie zawsze tego żałowałam. Nie mówię, że idąc za głosem serca, podejmuje się same dobre decyzje. Jednak mimo wszystko wychodzę z założenia, że trzeba żyć w zgodzie ze sobą i ufać swojej intuicji.
Czasem robimy głupie rzeczy i popełniamy błędy, ale to chyba normalna sprawa. Ważne jest tylko to, żebyśmy wyciągali wnioski i traktowali swoje porażki jak cenne lekcje. Czasem trzeba omijać szerokim łukiem powszechne wzorce, przestać dogadzać wszystkim dookoła i skupić się wreszcie na sobie. Może to nieco egoistyczna postawa, ale uważam, że w pewnych sytuacjach trzeba myśleć wyłącznie o tym, czego JA chcę i co MI sprawia radość, a nie dostosowywać się do oczekiwań otoczenia. Poza tym nigdy nie uda Ci się zadowolić wszystkich. Nie ma takiej opcji. Więc zamiast dążyć do ideału, spróbuj być po prostu wystarczająco dobry (dla samego siebie).
„Nie jestem selfcoachingującym się buddą na chmurce, który mówi sobie: osiągnij wewnętrzny spokój. Raczej powtarzam sobie: odpierdol się od siebie, starasz się najlepiej, jak potrafisz.” – Małgorzata Halber
Zgrana grupa vs. szczęśliwa jednostka
Ciężko jest jednak myśleć o sobie, a jednocześnie nie wyjść na samolubnego narcyza. Myślę, że dbanie o siebie i samorealizacja są równie ważne, jak empatia czy budowanie relacji międzyludzkich. Sama zawsze starałam się być fair w stosunku do znajomych i bezinteresownie im pomagać. Nigdy nie lubiłam konfliktów, niewyjaśnionych sytuacji i niedopowiedzeń. Nie należę do obrażalskich osób, które potrafią nie odzywać się tygodniami z powodu jednego nieporozumienia. Zdecydowanie wolę rozmawiać, wyjaśniać i poznawać punkt widzenia drugiej strony. Z tego powodu pełniłam często funkcję mediatora w swojej ekipie. Często stawałam jednak między młotem a kowadłem, starałam się wszystkim dogodzić i osiągnąć kompromis. W większość przypadków udawało się zażegnać spór, jednak zazwyczaj na końcu to ja wychodziłam na tym najgorzej.
Niekiedy brałam pod uwagę oczekiwania wszystkich zamieszanych w daną sytuację, ale nie myślałam o tym, co MI da satysfakcję. Priorytetem była dla mnie zgrana grupa, a moje własne szczęście stawiałam na samym końcu kolejki. Umiejętność dochodzenia do kompromisów bywa przydatna, jednak warto zachować w tym rozsądek i pamiętać o własnych potrzebach. Trzeba uważać z dzieleniem się swoim dobrym sercem i pomocną dłonią na każdym kroku. Zbyt często bywa to nadużywane, a co gorsza, nieszanowane. Po kilku porządnych kopach i przygodach z toksycznymi ludźmi, zrozumiałam, że pora wreszcie zacząć myśleć o sobie i nigdy nie zapominać o swojej definicji szczęścia.

