Większość swoich poranków rozpoczynam od przeglądu social mediów. Moim oczom ukazują się zaręczynowe statusy, piękne widoki z egzotycznych krajów i pulsujące żyły dzików na siłowni. Wydawać by się mogło, że każdy prowadzi pełne radości, idealne życie. Szkoda, że ten wirtualny świat ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Szczęście bijące z ekranu telefonu
Kolorowe, pełnowartościowe śniadania, perfekcyjnie dobrane outfity, nowy złoty zegarek. Zestaw kosmetyków i bukiet czerwonych róż w prezencie od ukochanego. Wszyscy tacy młodzi, piękni i wspaniali. Na zdjęciach bije od nich szczęście i spełnienie. Scrollujesz te wszystkie “idealne momenty” z życia znajomych i zaczynasz się przez to irytować. Rodzi się w Tobie nie do końca uzasadniona zazdrość. Bo w sumie, to też chciałbyś mieć takie mieszkanie, jak Twój kolega. Chętnie posmażyłbyś się na plaży w Dubaju i zjadł kolację w hipsterskiej restauracji. Tymczasem jedziesz do pracy tramwajem bez klimatyzacji, obok Ciebie usiadł właśnie wielki mężczyzna, który smyra Cię po nodze koszykiem na zakupy i pachnie jak zepsuta ryba w puszce. No cóż.
Wirtualne życie vs. szara rzeczywistość
Oglądasz te perfekcyjnie skadrowane zdjęcia z nałożonymi filtrami. Potem rozglądasz się dookoła i czujesz zawód. Wszystko w realu jest takie szare i zwyczajne. Nuda. Z powrotem zerkasz na instastories i na bandę zadowolonych ludzi, których życie pełne jest przygód i wrażeń. Rodzi się w Tobie dziwne poczucie, że jesteś gorszy, nie taki idealny jak ONI. Wyglądasz dzisiaj mizernie, masz wory pod oczami, Twoje włosy żyją własnym życiem. Jesteś niewyraźny, niewyspany, może to przez ciśnienie, a może to już pierwsze objawy starości. W plecaku wieziesz rozgotowany makaron, uwięziony w plastikowym pudełku. Jego zdjęcie nie zebrałoby zbyt wielu serduszek w social mediach. No chyba, że wysłałbyś je na stronę “Smutne jedzenie w pracy” na FB. Wtedy byłaby taka szansa.
Kozak w necie
Często dajemy się złapać w tę pułapkę i zaczynamy porównywać swoje życie do zdjęć i filmów na profilach swoich znajomych. Zapominamy, że to jedynie ich wizerunek tworzony w internecie i nie ma on za wiele wspólnego z rzeczywistością. Ile razy widujesz na ulicy dziewczynę, która kreuje się na miłośniczkę fitnessu, spełnioną i seksowną businesswoman, a w realnym świecie to zmęczona i smutna szara myszka? Idzie nad Wisłę tylko po to, żeby zrobić zdjęcie zachodu słońca i przez 15 minut wybierać pomiędzy filtrem Buenos Aires, a Oslo. Światowa dziewczyna. Idzie na koncert nie po to, żeby potańczyć i powydzierać się do ulubionych piosenek ze znajomymi, ale żeby udostępnić 20 filmików z przesterowanym dźwiękiem. Niech wszyscy wiedzą, że dobrze się bawi i jest królową nocy!
Uzależnienie od telefonu
W tych chorych czasach mamy niepohamowaną potrzebę, żeby dzielić się wszystkim, co ładne i fajne. Właściwie nie wiem, po co to robimy. Przeglądamy relacje z życia znajomych, choć tak naprawdę nas to nie interesuje. Kogo obchodzi, z kim jesteś na imprezie, gdzie jedziesz na weekend i jaką kawę mrożoną pijesz.
Jednocześnie sama łapię się na tym, że publikuję równie nieistotne informacje. Robię to z automatu, bo wszyscy to robią. Nie od dzisiaj wiadomo, że social media uzależniają. Lajki i komentarze, które dostajemy w zamian za ładny post, wydzielają hormony szczęścia. Możliwe, że to właśnie chwilowa ekscytacja zachęca nas do uczestniczenia w tej wirtualnej zabawie. Dla wielu z nas internet stał się przedłużeniem rzeczywistości. Granice między życiem online i offline zaczęły się niebezpiecznie zacierać. Zamiast spotkać się i pogadać, patrząc sobie w oczy, często wybieramy komunikację obrazkową. Wysyłamy memy, gify i inne “XD”, a tak naprawdę mamy minę, jakby przed chwilą zdechł nam chomik. Coraz częściej zaniedbujemy relacje ze swoimi bliskimi w realnym świecie. Czasem zapominamy, że prawdziwej więzi z drugim człowiekiem nie zastąpią nam żadne łapki w górę czy reakcje “wow” na Facebook’u.
[zrodlo] ZDJĘCIE: UNSPLASH [zrodlo-koniec]


